05.01.2018

it was a very good year - tylko że nie

no dwa tysiące siedemnasty to był bardzo dobry rok. to znaczy nie, nie był.
mam wrażenie, że znajduję się w jakimś limbo, że mam kaca po tych trzystu sześćdziesięciu pięciu dniach i na serio liczę na to, że wyjdę z tego czyśćca pełnego białego szumu zaraz po tym, jak skończy się blue monday.
rok temu zrobiłam takie słodkie podsumowanie z najlepszym filmem, książką i płytą. w dwa tysiące siedemnastym już na szczęście nie zmarł david bowie, bo zrobił to w dwa tysiące szesnastym, a ja do dzisiaj nie słucham już jego płyt, bo po prostu nie mogę się nie rozpłakać; blackstar słuchałam tylko raz w dwa tysiące siedemnastym, włączyłam girl loves you, zaczęłam płakać i wyłączyłam.
no i co, oprócz tego to dwa tysiące siedemnasty był bardzo dobrym rokiem. poszłam do pracy, poszłam do kolejnej pracy, zaczęłam regularnie pisać, co zaczęło mi się też całkiem opłacać.
oprócz tego dwa tysiące siedemnasty wydaje się być rokiem, który przybliżył świat o jakieś pięć kroków do ostatecznej apokalipsy. apogeum globalnego ocieplenia i jebanych zmian pogodowych nie mogło być chyba wyraźniejsze, kiedy na dzień przed wigilią nad polską przechodziły burze, a teraz, w styczniu, na dworze jest temperatura plus dziesięć stopni i śpię przy otwartym oknie. przy okazji w stanach jest właśnie snow storm i woda z oceanu zamroziła ulice w ohio czy gdzieś tam. były też te zabawne pożary no i trzęsienia ziemi. ale tak naprawdę nic się zmienia, ludzie dalej żrą mrożone nugetsy i chodzą do maka. też bym chodziła do maka, gdybym nie była taka spierdolona.
dwa tysiące osiemnasty rysuje mi się w żadnych barwach. wczoraj odkryłam, że moje okazyjne bóle zatok to tak naprawdę migreny, a więc żyłam w kłamstwie od jakichś sześciu lat. poza tym muszę znaleźć pracę i nauczyć się wychodzić samodzielnie z domu, jako że czeka mnie turnee po polsce. nie mam pojęcia, jak to zrobię, więc na razie jedyne, co robię, to odpycham od siebie wszystkie myśli na ten temat.
moje postanowienie noworoczne to przede wszystkim nie zabić się. myślę, że to bardzo pozytywne postawienie.

w zeszłym roku udało mi się:

  • przejść silent hill 2,
  • obejrzeć trylogię pushera,
  • obejrzeć solaris tarkowskiego,
  • obejrzeć ostatni nieobejrzany film satoshi kona,
  • przesłuchać 13441 utworków (tak naprawdę to więcej, ale last.fm to kurwa),
  • opublikować 25 tekstów,
  • napisać parę wierszyków,
  • przeczytać 40 książek, w tym dwie bolano, dwie sosnowskiego, dwie gaimana i dwie atwood,
  • nie zabić się.
oby dwa tysiące osiemnasty był równie albo jeszcze bardziej owocny. jak na razie ciągle odsypiam kaca po zeszłym roku i po prostu męczę się.


29.12.2017

2017 PODSUMOWANKO


zapraszam, jak zawsze jest zabawnie

a w ogóle tak jeszcze w ramach podsumowania tego roku, to dzisiaj poszłam se na zakupy spożywcze, bo skończyło się żarcie świąteczne, a wczorajszy trzeci dzień z rzędu jedzenia bigosu wywołał u mnie WZDĘCIE, i okazało się na tych zakupach, że z co najmniej dwóch powodów koniec jest już naprawdę bliziutko. jeden powód to stada starych ludzi na zakupach, właściwie chyba średnia wieku była tak siedemdziesiąt. po chleb ustawiła się kolejka, tak jak i zresztą po fajerwerki, a w alejkach słychać było stłumione szepty typu 'hmm... a co to... dżogobela?', straszniejsze nawet od szeptów w silent hill. no a drugi powód to w sumie taki, że państwo w kolejce do kasy, którzy stali przede mną, zapłacili za swoje zakupy prawie tyle, co ja za moje. tylko że warto zaznaczyć że ja jestem pojebaną wegetarianką i kupowałam masę takich gówien, jak orzechy nerkowca, makaron barwiony atramentem mątwy (no kurwa bardzo wegańsko), szynkę z jajka i mleko owsiane, a oni kupowali tylko parę rzeczy typu łopatka wieprzowa (chyba z kością, mniam), dwa igristoje, rosół w kostce, koncentrat pomidorowy pudliszki i pomarańczową żołądkową gorzką. no i w sumie spoko, jeszcze zastanawiali się, co ugotować na sylwestra, i żal mi się ich zrobiło, jak odeszli od kasy z rachunkiem prawie takim samym jak mój, podczas gdy ja kupiłam żarcia na kolejny prawie tydzień czy coś. a przecież igristoje kosztuje piątkę, wóda tak z trzydzieści - to niemożliwe, żeby NORMALNE POLSKIE JEDZENIE kosztowało prawie tak dużo, co głupie wegańskie fanaberie... co nie?