11.07.2017

jak zawsze cudowny dzień

wstałam rano i okazało się, że mam okres. dzień jak co dzień. wcześniej, koło piątej, obudziła nas wrona kracząca głośno na balkonie. żeby zamknąć okno i uciszyć jej krakanie, musiałam przesunąć stół. 
dzisiaj także zamek ujazdowski zakosił zdjęcie z mojego bloga i wstawił je na swojej stronie. witek orski i jego odnowa to fajne rzeczy, ale trochę zrobiło mi się smutno, że ktoś ukradł moje zdjęcie i nawet nie podpisał. usunęli je po interwencji, co w sumie było jeszcze smutniejsze, bo przecież mogli podpisać. i nabić mi fejm.
pocę się z bólu i ciepła w mieszkaniu, ale naczynia same się przecież nie umyją.
brudzę świeżą pościel. 
piszę szkic tekstu na którego napisanie mam jeszcze tydzień. sprawdzam stan konta żeby dowiedzieć się, czy muszę cokolwiek kupować w tym miesiącu. okazuje się, że nie muszę. oszczędzam mnóstwo czasu nieprzeglądaniu stron z ciuszkami i stron z książkami.

odkąd przestałam pracować, nie muszę już ubierać się jak kretynka w koszule i długie spodnie. wszystkie koszulki z mechaniczną pomarańczą i brokatowym lou reedem chodzą ze mną na zakupy do biedronki. to spełnienie moich marzeń - czas wolny mojego życia, w którym mogę robić cokolwiek tylko zechcę. najwyraźniej jednak nie chcę nic robić, bo nic nie robię. moje cele na te bardzo długie wakacje są proste. zamontować domofon, pomalować ścianę, dokończyć cykl opowiadań i nauczyć się myć częściej, niż raz na trzy dni.


25.06.2017

AMERICAN CRASH heloooooooooo!

na mało rzeczy czekałam w tym roku jak na amerykańskich bogów. książka gaimana, jak i inne książki gaimana, pomogła mi przetrwać ciężkie chwile w gimnazjum (sweet jane lecąca w radiu na trzydziestej stronie książki? błagam <3), później w liceum, kiedy czytałam jeszcze raz, a teraz miała zostać przeniesiona na ekran przez nikogo innego, jak przez mojego ulubione bryana fullera, który hannibalem pomógł mi przetrwać ciężkie chwile pod koniec liceum. pamiętam te beztroskie popołudnia, kiedy oglądałam hannibala w full hd 1080p na monitorze mojego kolegi w jego pokoju w jego domu po drugiej stronie rzeki, a powinnam była się wtedy uczyć do matury. wówczas jeszcze zdarzało mi się seriale oglądać na kinomaniaku w jakości pikselozy, więc tym bardziej był to specjalny treat, ta wysoka jakość, wysoka rozdzielczość profesjonalnego dużego monitora i wygodne łóżko, gdzie mogłam spokojnie wyciągnąć  nogi. drugi sezon hannibala był czymś jeszcze bardziej specjalnym, tak jak i drugi sezon detektywa, ale to już zupełnie inna sprawa. te przeciągnięte wysmakowane wizualnie sceny, fabuła niemalże już pretekstowa w drugim sezonie, w każdym razie na pewno stosowana często jako pretekst do semi-erotycznych scen maddsa i forever-unstable-willa, muzyka trzymająca w napięciu mimo swojego minimalizmu - wszystko to mnie zachwycało w drugim sezonie, mimo jojczenia zewsząd, że nudne, że już te krople wody widzieliśmy sto razy, a rozbijającą się szklankę nawet dwieście. oglądałam i byłam zachwycona. 
dlatego tak uparcie czekałam na amerykańskich bogów. przeczytałam specjalnie jeszcze raz książkę, odkrywając, jak mało pamiętam z dalszych jej partii, odkrywając na nowo, że ciągle wzrusza mnie historia o dżinie, w końcu odkrywając, kto porywał te dzieci w minnesocie. i czekałam, wstrzymując oddech, aż będzie pierwszy odcinek serialu, wchodząc regularnie na jakieś nielegalne strony i sprawdzając, czy to może już. 


w końcu był pierwszy odcinek, był wolny poniedziałek, więc w końcu mogłam oglądać i doznawać. i rzeczywiście, pierwszy odcinek był do doznawania. chociaż już trochę zgrzytało w nim, ale nie zauważyłam tego, zachwycona powrotem wizualnego mistrzostwa fullera, zachwycona kreowaniem rzeczywistości, którą znałam jedynie z książki, w wymiarze wizualnym. po pierwszym odcinku, zakończonym fontannami krwi, wstałam z łóżka i byłam tak oczarowana, że nie mogłam doczekać się następnego poniedziałku.
następny poniedziałek nastąpił i dalej byłam zachwycona. jeszcze. jeszcze jeden poniedziałek i dalej mi się podobało.
potem wjechało twin peaks, co jest zupełnie inną sprawą i przecież gdyby amerykańscy bogowie utrzymywali poziom, to po prostu moje poniedziałki byłyby podwójnie fantastyczne, nawet jak szłam na jedenaście godzin do pracy.
ale potem zstąpił z torentów czwarty odcinek, ten o laurze, i zachciało mi się w trakcie oglądania go porządnie rzygać. nie chodzi o to, że ortodoksyjnie chciałam, żeby serial był jeden do jeden z książką (no dobrze, trochę chciałam). jestem w stanie znieść zmiany, różnicy, jakieś nowe pomysły - ale niech one będą przynajmniej dobre, niech się kleją wszystkie razem, niech wprowadzają w końcu coś nowego, ciekawego. po odcinku z laurą musiałam odczekać ponad trzy tygodnie. żeby o nim zapomnieć. miałam nadzieję, że to był tylko jeden taki słabszy epizod, ktoś musiał zrobić ten odcinek, wybrano kogoś niewprawnego, wyszło jak wyszło, teraz znowu będzie dobrze.
ale nie było. dalej przeinaczano fabułę, sprawiając, że w rezultacie w finale sezonu nie wiadomo było już zupełnie, o co wszystkim chodzi. pojawiły się kuriozalne sceny, jak spotkanie wednesdaya z jego przeciwnikami - co przecież w książce następowało dopiero o wiele, wiele później, w centrum ameryki. pojawiła się gillian anderson przebrana za bowiego - dlaczego? tego się chyba nie dowiem. później pojawiła się przebrana za marilyn monroe. nigdy tego nie było w fabule książki i prawdopodobnie nie bez powodu; postać z i love lucy była uniwersalnym symbolem amerykańskiego telewizyjnego kiczu, natomiast czy naprawdę bowie i marilyn to takie same symbole - tanie i papierowe? no nie wiem. aresztowanie cienia i wednesdaya, spiknięcie się laury i szalonego sweeneya, ciągnięcie - he he - zupełnie niepotrzebne - wątku dżina - po co? dlaczego? wprowadzenie jeszcze jednego boga, tylko po to, aby go zabić, i ten finał z jezusem w tle - po co? dlaczego? przeciąganie scen bez jednoczesnego budowania napięcia - po co? dlaczego?


czy nikt, łącznie z bryanem fullerem, nie zauważył, że to stopniowanie napięcia poprzez wizualne majstersztyki, które działało w hannibalu, tutaj po prostu nie zadziała, bo nie ma na czym tego napięcia zbudować? fabuła stała się zupełnie bezsensowna pod koniec sezonu, bohaterowie miałam wrażenie że zupełnie gonią w piętkę, a cała atmosfera zaczęła przypominać tę z vinyla, kiedy to niby prawdziwe dramaty, niby decydujące chwile, ale tak naprawdę wyraźnie czułam, że w ogóle mnie nie rusza, co się stanie z bohaterami i w sumie mogą wszystko umrzeć i i tak mnie to nie ruszy. podobnie tutaj: im dalej i im więcej krwi się leje, tym bardziej jakoś nie chciało mi się oglądać, a sam finał obejrzałam przez palce. zamiast budować napięcie i wciągnąć widza w tę niewypowiedzianą grę, którą tkał gaiman przez większość część powieści, postanowiono najwyraźniej dośmiesznić i doprawić fabułę, przez co cały jej sens rozmydlił się i zniknął w odmętach. w efekcie amerykańscy bogowie zaczęli przypominać serial, który może sobie lecieć na telewizorze w głębi pokoju i czasami da się na nim zawiesić oko czy ucho, ale tak ogólnie to nikogo nie obchodzi co się dzieje na ekranie, kolejny odcinek się skończy, a potem poleci the very late night show with truman show czy coś w tym rodzaju.
bardzo jestem rozgoryczona tym, co się stało z tym sezonem, te skręty i zmiany fabuły zdenerwowały mnie bardziej niż mogłabym się spodziewać, a sam finał implikuje, że drugi sezon lepszy nie będzie. jest mi tym bardziej przykro, że z laury zrobiono kurwę, z cienia kretyna. odwrócono zupełnie ich postacie; cień, który jako dziecko chował się w książkach i w samotności, aby dopiero w trakcie dorastania, po stracie matki, zacząć ukrywać swoją wrażliwość w mięśniach, został w serialu postacią odwrotną: głupi mięśniak, oszust, nudziarz, który dopiero w więźniu przeczytał parę książek. laura, w książce postać maksymalnie wyidealizowana - i dobrze - w serialu staje się wyrachowaną szmatą, która z nudów albo chce się zabić, albo zmusza swojego męża, którego nie kocha przecież wcale, do skoku na kasyno, w którym to w dodatku niby kasynie pracuje. cały urok oryginalnej fabuły gaimana polegał na niedopowiedzeniach - nie wiadomo było do końca, dlaczego cień trafił do więzienia, dlaczego przez laurę, dlaczego ona nie musiała iść na odsiadkę. jednoczesna zmiana momentu i okoliczności poznania się cienia i laury też nie rozumiem po co była dodana, a już tym bardziej zmiana znaczenia ksywki cienia, którą nadała mu laura. natomiast oznajmienie, że to wednesday rękami sweeneya zabił laurą jest głupie w tym momencie fabularnym, szczególnie, że brakuje jakiegokolwiek kontekstu. cała wrażliwość, delikatność, a jednoczesna chropowatość powieści gaimana zostaje wyrugowana i zastąpiona odpowiednio arogancją, grubo ciosaną fabułą i obrzydliwą gładkością całej historii. nie wierzę, że uda się w drugim sezonie powrócić do formy z pierwszych odcinków, szczególnie, że w tym momencie nie można właściwie kontynuować oryginalnej fabuły z powieści. 




serial, który miał potencjał stać się ogromnym hitem, stał się telewizyjną wydmuszką, definicją wydmuszkowego tworzenia serialu. nie pomagają cycki, napompowane patosem dialogi bohaterów i nadprzyrodzone okoliczności. wizualne gry z widzem sprawdzały się jeszcze w odcinku z czernobogiem, jeszcze mogły się sprawdzać w czwartym odcinku, ale przeciągnięte bębnienie i ujęcia wykuwania miecza przez boga wojny (?!?!?) dla wednesdaya (po co mu miecz?!?!?!), po czym ukoronowanie sceny sikaniem do kotła (?!??!?!?!) sprawiły, że po prostu wkurwiłam się na ten serial. i bardzo, bardzo żałuję, bo zupełnie nie tak miało być i nie tak było. laura kurwą nie była (chociaż może tylko ja w to wierzę? może nie zrozumiałam książki?), cień nie był durnym mięśniakiem, a wednesday nie był takim pseudodobrodusznym dziaduniem, który tylko czasami prostuje plecy i błyska szklanym okiem. żałuję zmarnowanej okazji na oglądanie wizualnego przedstawienia zasypanej śniegiem minnesoty (chociaż od tego mam fargo, prawda?), żałuję spotkania w domu na skale, żałuję opowieści anansiego o jądrach zabranych tygrysowi, żałuję potencjału tkwiącego w powieszeniu cienia na drzewie. a najbardziej żałuję jak zawsze siebie, że miałam tak ogromne high hopes i jestem teraz tak bardzo rozczarowana. na szczęście już jutro poniedziałek i kolejny odcinek twin peaks


13.06.2017

pozdrawiam wszystkich polaków

ciągle jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo mogę jeszcze bardziej nienawidzić polski. ostatnio nie dostaję, o dziwo, wysypki w momencie wyjścia z domu, jednak same zakupy jedzenia do domu przyprawiają mnie o ciarki. zrobienie zakupów za pięćdziesiąt złotych mam wrażenie graniczy z cudem. w dodatku na nowo odkryłam, że w biedronce jest samo żarcie z mięchem, takim wysuszonym, wysranym i wypreparowanym, żeby się dało zjeść. moje pytanie brzmi: czemu wszystkie pasztety muszą być mięsne? 
po kolejnych godzinach pracy, w której trawię teraz całe dni, zastanawia mnie coraz mocniej jedno: skąd bierze się w polakach ta polskość, która zmusza ich do wychodzenia z domu i zadawania pytań 'a ile to kosztuje?' 'a czemu takie drogie?' i jeszcze, moje ulubione, 'jest inne?'. wszystko inne, więcej, lepsze, za darmo. za darmo kurwa umarło, a ja sama mam dość tego kapitalizmu, który z jednej strony wymusza ode mnie codzienne wydawanie pieniędzy, z drugiej nie pozwala mi zrozumieć, co się naprawdę dzieje. 
jak cudownie jest studiować i być kretynem w tym kraju kretynów, gdzie każdy się świetnie bawi, idzie na piwko, idzie na kebaba, potem wyraża swoją opinię w stylu 'no ja tam uważam, że parada równości jest zbędna, bo skoro ci geje i w ogóle chcą być równi, to po co tylko manifestują swoją inność? hetero też mogliby zrobić swoją paradę' i jest szczęśliwy, zadowolony. jak cudownie jest być ignorantem, kretynem, który albo uważa, że jest dobrze, albo nie wie nic, nawet nie uważa że jest dobrze, po prostu uważa, że tak jak jest, to tak ma być. i niczego nie jest ciekawy, nad niczym się nie zastanawia.
a mnie bolą te plecy i bezustannie zastanawiam się, czy jednak istnienie polaków to nie dowód na nieistnienie boga, nawet jeśli jezus rzeczywiście pochodził z częstochowy.
aha, ostatnio bardzo miły pan zapytał mnie w sklepie osiedlowym, czy podarły mi się rajstopki pod dupą, bo ktoś się do mnie dobierał. troskliwy, słodki pan polak. tysiące takich chodzi po ulicach, a ja biegnę semi-ciemną ścieżką do domu, kiedy tylko wybije dwudziesta pierwsza.

video

29.05.2017

isn't it just too dreamy?

bo wszystkie te zdania brzmią głupio, bo jojczenie, że przecież to nie jest twin peaks i brakuje muzyki i sztuczne dialogi i david lynch nie ma już niczego do zaoferowania i moje ulubione:


jest to tak wszystko DURNE, że rzeczywiście ludzi szerzących takie poglądy można by rozważyć jako kandydatów do obozu zagłady. ha ha, taki żart. śmieszny.
fejsbuk jak najęty polecał mi posty z różnych blogów z recenzjami najnowszych odcinków. wszystkie już teraz ukryłam, bo mam dość czytania bzdur ludzi, którzy ewidentnie zupełnie nie wiedzą o czym mówią i co, najgorsze, dowiedzieć się nie chcą.
twin peaks to przecież taki przyjemny klimacik, miła muzyczka badalamentiego, jakieś tam hihi śmichy często, wielkie czoło jamesa i partia szachów, która nigdy nie została rozegrana. prawda? no jeszcze warto dodać, że fajny klimacik, cokolwiek to znaczy. oglądam, pokochałam klimat, napisała jakaś moja daleka koleżanka w trakcie oglądania. jaki to jest ten klimat w twin peaks? jaki jest klimat w głowie davida lyncha?
rozwlekły drugi sezon twin peaks pozostawił na mnie wrażenie nieudanego i niepotrzebnego, kiedy oglądałam go za pierwszym razem. pierwszy miejscami był żenujący, szczególnie te komediowe wstawki z lucy i agentem cooperem, który rzuca kamieniem, żeby odkryć zabójcę laury. dopiero przy drugim obejrzeniu całość dużo zyskała; ciągle najważniejsze są odcinki, do których sam lynch przyłożył rękę i oko i zadbał, żeby klimacik nie polegał na tępym bujaniu się w te i wewte przed telewizorem. te odcinki, kiedy naprawdę nie można oderwać wzroku od akcji, kiedy nieświadomie zaczyna się obgryzać resztki paznokci i podrygiwać stopą. kiedy można naprawdę wyczuć zagrożenie, i zagrożeniem nie jest windom earle albo leo (który zresztą sam w sobie jest jedną z najlepiej skonstruowanych i napisanych ról w serialu). klimacik naprawdę świetnych odcinków lyncha polega na tym, że mimo woli zaczynasz oglądać się za siebie, mimo że siedzisz w swoim miniaturowym mieszkaniu i za sobą znaleźć możesz jedynie ścianę z odpryśniętym kawałkiem farby. ale jednak warto się upewnić, że nic nie zaatakuje cię znienacka. a potem i tak jest strach i krzyk, bo klimacik wpada z prędkością rozpędzonego ferrari w bezdenną przepaść niepokoju.
ale o tym się jakoś nie pamięta. może z kolei warto sobie przypomnieć, kim jest david lynch?


starym dziadem, czterokrotnie żonatym, nudnym reżyserem, w którego filmach nie wiadomo o co chodzi. no pewnie. może nie do końca, ale tak to się o nim przecież mówi. prawie zawsze na krawędzi bankructwa, prawie nigdy niezdolny do doprowadzenia swoich projektów do końca. co on tam nakręcił? jakiś film z nicolasem cagem, jakiś bełkotliwy film który miał być w całości nakręcony w łodzi, ale się nie udało i nic mu z tego filmu nie wyszło (inland empire to jednak pierdolone arcydzieło). nie, nieprawda. to, co najbardziej cenię w lynchu to to, że nie stara się za wszelką cenę robić arcydzieł, jak haneke albo inny christoper nolan. nie robi filmu po to, żeby jakiś kretyn poszedł do kina, wyszedł z niego i powiedział: o łał. lynch nie mówi niczego do kretynów i czuć, że kretynów nie szanuje. nie po to jest artystą, żeby jak na tacy wykładać wszystkie swoje karty.
i warto o tym pamiętać w trakcie oglądania nowego twin peaks. warto dowiedzieć się, czym jest mulholland drive, o czym jest jednak inland empire i sprawdzić, od czego lynch zaczynał. a zaczynał mocno i solidnie. najważniejszy i tak naprawdę kluczowy jest Fire Walk With Me, tak bardzo skrytykowany i wybuczany w cannes podczas swojej premiery, że wszyscy zakładają, że to się nie liczy. a przede wszystkim klimacik nie taki jak w oryginalnych twin peaksach, prawda? jednak david lynch uparcie tego klimaciku chce się wyzbyć i w Fire Walk With Me się go całkowicie wyzbywa, a tradycję wyzbywania kontynuuje właśnie w najnowszych odcinkach serialu. prawdopodobnie w kolejnych częściach pojawi się już RR diner i więcej twarzy jamesa, który nigdy nie był cool i prawdopodobnie david lynch o tym wie, bo to nie on tworzył jego postać.
bardzo się cieszę, że lynch powrócił do twin peaks i zrobił to po swojemu, czując, że może w końcu nakręcić swoją wersję wydarzeń, a także wrócić do fabuły z mulholland drive, które przecież miało być pełnoprawnym serialem, a nie pilotem z doczepionym rozwiązaniem, które dokręcić trzeba było trochę na kolanie w momencie, kiedy skończyła się kasa. każdy odcinek to jak przeżycie czegoś zupełnie nie tylko spoza świata kina, ale spoza świata ludzi.

14.05.2017

handkerchief

nie lubię margaret atwood. niczego jej nie zazdroszczę, to przede wszystkim, nie uważam po prostu, żeby była dobrą twórczynią dystopijnych rzeczywistości. czytałam ponad rok temu 'serce umiera ostatnie' i bardzo mi się nie podobał ten rzekomo zdystansowany, ironiczny ton narratora wszechwiedzącego, który o każdym bohaterze miał do powiedzenia sto słów i jeszcze trochę. nie podobała mi się sama kreacja antyutopijnego świata. wydawała mi się niespójna, jakby złożona z puzzli, które owszem zazębiają się, ale każdy puzzel należy do innego zestawu i razem tworzą kakofonię, a nie futurystyczną wersję 'triumfu śmierci' petera bruegela. 



oglądam teraz na bieżąco 'the handmaid's tale', serial stworzony przez hulu, którego to serwisu trochę nie mogę się już doczekać w polsce (chociaż pewnie nawet jak wejdzie, to znowu, wzorem netfliksa, w okrojonej, biednej wersji z dwudziestoma filmami na krzyż). główna, tytułowa postać to podręczna (nie wiem, czy to najlepsze tłumaczenie handmaid, skoro jeszcze niedawno była to służąca wg tłumaczy tytułu filmu chan wook parka), odgrywana przez elisabeth moss. zawsze miałam mieszane uczucia co do elisabeth, nie mieszane że spoko 5/10 nie obchodzi mnie, ale mieszane pozycjonujące się na dwóch punktach skali: przez całą przygodę z 'mad menami', a oglądałam ich prawie od początku, miałam raz wrażenie, że to świetna aktorka i cieszyłam się z każdej sceny z nią, innym razem chciałam, żeby ten wątek się już skończył, bo jej ciągle zmartwiona twarz z dużym nosem doprowadzała mnie do irytacji. teraz, odkąd 'mad menów' nie ma wśród nas już od paru dobrych lat, oglądam 'opowieść podręcznej' z przyjemnością, jeśli oczywiście nerwowe pocenie się i obgryzanie paznokci można nazwać objawami dobrej zabawy.
serial zdecydowanie jest niepokojący, fabuła prowadzona jest niespiesznie, a samo odkrywanie kolejnych kart z odpowiedziami na pytania 'dlaczego', 'jak to' i 'po co' następuje w niemalże ślimaczym tempie. seria została stworzona moim zdaniem trochę w duchu 'młodego papieża' (i nie o religijny [sic] klimat mi tutaj chodzi): skupianie się na detalach wystroju wnętrza, wydłużanie ujęć, podkręcanie kontrastu kolorów i budowanie postaci poprzez ich gesty i emocje wyrażane na twarzy bardziej niż ich słowa i działania to cechy wspólne obu seriali, przynajmniej jak dotychczas (piąty odcinek 'opowieści podręcznej' pojawił się 10. maja, jeszcze połowa przed nami). 
sorrentino ma jednak już taki styl, który tak bardzo przypadł do gustu jego widzom, że reżyser aż postanowił zrobić film wydmuszkę ('młodość'), który bardzo mnie zdenerwował i sprawił, że piliśmy whisky w kinie. o bruce'ie millerze, twórcy 'opowieści podręcznej', wiele nie mogę powiedzieć, bo wiem jedynie, że jest twórcą popularnych seriali ('the 100', '4400'), za to pojedyncze osoby zaangażowane w serial (szczególnie floria sigismondi), wiele mówią o tej produkcji.
'the handmaid's tale' nie ogląda się łatwo, to na pewno nie jest serial do obiadu, za dużo tutaj niezręcznych, często krwawych i przykrych scen. jednak mimo pewnej toporności fabuły - nad wszystkim czuwa jednak duch ironicznego uśmiechu margaret atwood - można wyczuć w trakcie oglądania, że jest to dzieło bardzo feministyczne, które porównać mogłabym do 'top of the lake' (łatwe skojarzenie przez tę samą główną aktorkę, elisabeth moss), w ogóle do filmów jane campion ('fortepian', 'tatuaż') czy prozy elfriede jelinek ('pianistka'). 
margaret atwood, a zarazem adaptacja jej hitu sprzed ponad dwudziestu lat (pierwsze wydanie w 1985 roku!), zadaje zasadnicze pytanie o miejsce kobiety we współczesnym świecie. serial koryguje pytania z połowy lat 80., aktualizuje je i przedstawia wizję załamania społeczeństwa wyzwolonego, hedonistycznego, rzekomo niczym nieskrępowanego. rzeczywistość w 'opowieści podręcznej' jest zniewolona prawami, zasadami, odgórnym systemem, który w samym swoim założeniu miał sprowadzić społeczeństwo do czasów feudalizmu, kiedy najważniejszy był pan domu, władca świata i swoich podwładnych, a więc służby. no i żony. serial roztacza wizję powrotu do absolutnego konserwatyzmu: seks służy tylko prokreacji, cytaty z biblii rozpoczynają każdą rozmowę, a ustalonej hierarchii nie sposób zmienić. każde wyjście z domu oznacza świadomość ciągłego bycia na muszce, ponieważ wszystkiego pilnuje ciężko uzbrojona brygada antyterrorystyczna. w dystopijnym świecie margaret atwood terroryzm to homoseksualizm, nieposłuszeństwo i próżność.
jakie jest więc miejsce kobiety, jakie odpowiedzi niesie 'the handmaid's tale'? żona liczy się oczywiście najmniej. jest tylko pionkiem, który trzeba było zostawić, aby zapełniał miejsce obok swojego męża. żona jest nikim, nie ma żadnych zadań w nowocześnie feudalnym świecie, nie musi nawet gotować ani robić zakupów. przez połowę serialu właściwie dobitnie pokazana zostaje jako postać pozbawiona sensu, która na ten bezsens jednak zgodzić się musi. jej jedynym zadaniem jest rzekome wydanie na świat potomka, mimo że zapłodnienie dotyczy tylko i wyłącznie tytułowej podręcznej. jednak w momencie rozwiązania to żona przejmuje obowiązki matki, to jej zdjęcie z noworodkiem zawiśnie na ścianie kliniki i to ona dostaje przywilej nadania imienia. to wszystko. oprócz tego musi być posłuszna mężowi. 
inne kobiety to oczywiście służące. albo takie od gotowania i sprzątania, albo te właśnie od zapłodnienia ich i przyniesienia żonie pociechy w postaci dziecka, którego ona sama począć nie może. jak się okazuje, podręczna to prawdopodobnie najsilniejsza pozycja w dystopijnej hierarchii serialu. to ona ma możliwość powołania na świat nowego życia, dlatego postrzegana jest jako seksowna kobieta (od zawsze badania wskazują, że rzekomo łączymy się w pary na takiej podstawie, jaką skalę płodności komu przydzieli nasz mózg; dlatego mężczyźni (znów: rzekomo) uwielbiają kobiety z wielkimi piersiami, ponieważ są one symbolem płodności, vide venus z willendorfu, kolejne odwołanie do 'młodego papieża'). to ona, podręczna, ma coś w rodzaju władzy nad mężczyznami i w kolejnych odcinkach serialu elisabeth moss powoli urasta na postać, która rozdaje innym karty. nie wiem, jak było w oryginalnej fabule margaret atwood, nie wiem też, czy mam siłę przedzierać się przez powieść, skoro co tydzień mogę oglądać jej wysmakowaną adaptację.



banalnie jest napisać 'warto oglądać najnowszą produkcję hulu', ale skoro już i tak napisałam to zdanie, to niech zostanie. bo warto. jest to rozrywka na wysokim poziomie, która łączy w sobie wszystkie potrzebne elementy: jest wątek erotyczny, a także semierotyczny; są też wątki semikryminalne, kiedy to każda skąpa retrospekcja przybliża widzowi kulisy powstania dystopijnej republiki, a także tajemnicę przeszłości głównej bohaterki; wreszcie sama propozycja konserwatywnej antyutopii mogłaby zostać swego rodzaju interwencją w świetle wyboru trumpa na prezydenta, który razem ze swoim wiceprezydentem mike'iem pencem lansują przecież wizję zdrowego świata, bez zboczeń w postaci homoseksualizmu czy feminizmu, bez jakiejś zbędnej kultury i sztuki ('the handmaid's tale' nie mogło obyć się bez scen dosłownego palenia książek i obrazów) i bez braku posłuszeństwa ze strony kobiet. schemat, który zaczyna się sprawdzać w pięknej polsce. bo przecież po co komukolwiek czytanie, galerie sztuki albo prawa kobiet (/człowieka)? niech wszystko zostanie uregulowane jak kurki w kranie, niech działa jak bóg chciał. a bóg przecież chciał najlepiej. 


17.04.2017

we don't seek death, we seek destruction

zawsze chciałam być mężczyzną. minęły piękne święta polskie, wyjątkowo polskie, bo towarzyszyła im polska piękna pogoda, deszczyk, wiaterek, ciemno o dziewiątej rano.
kto lubi święta w polsce? kto naprawdę lubi cokolwiek w polsce?
trzeba by się cofnąć do samego konceptu lubienia czegokolwiek. co ja lubię?
z okazji świąt udało mi się znowu usłyszeć pytanie co lubię jeść. bo to prawda, że mało rzeczy lubię jeść, a jak już coś lubię, to najchętniej jadłabym to na okrągło. pomidory, makaron, szpinak, brokuły, burgery, steki, frytki, tortije, wszystkie najprostsze rzeczy świata jak tosty z keczupem. majonez. migdały. czekoladę w różnych konfiguracjach i formach. lody i lizaki. baloniki. po prostu jedzenie dla dzieci.
te rzeczy lubię. co lubię w polsce?
piwa kraftowe, na przykład golema. lubię jak jest wolne i idę do parku i jest ciepło. tanie papierosy, tani tytoń. całkiem lubię tę niemal wybitą do nogi prawdziwie inteligentną stronę internetu. książki i nasze mieszkanie w którym te książki stoją na regałach. okazyjne ceny książek. lubię polskich tłumaczy i niektórych polskich poetów, a także polskie memy, chociaż i to nie zawsze.
na pewno nie lubię polskich świąt.
kto wymyślił to wymyślił, komu do głowy wpadł ten fantastyczny pomysł, żeby zmartwychwstanie jezusa święcić żartą od rana białą kiełbą? to przecież powinien być atrybut chrystusa: chleb, wino i biała kiełbasa.
ja wierzę neilowi gaimanowi, że wielkanoc pochodzi z pogańskiej tradycji, tak jak zresztą i wszystko w tej pięknej, wszystkożernej religii katolickiej. ruchome święto, które święci się jajkami, czyli symbolami pogańskimi, święto, podczas którego nie świeci czerwone światełko w kościele, a więc przez trzy... to znaczy jednak dwa, a właściwie jeden i trochę dnia nie ma boga. nie ma.
trzeciego dnia zmartwychwstał, ale jednak w sumie to drugiego. prawda? nie, bo to dogmat, ciii.
kto lubi święta w polsce? no na pewno mężczyźni. to oni siedzą za stołami, na fotelach, drepczą w miejscu na balkonach popalając te taniuchne papieroski rgb albo camele bez akcyzy z rynku, popijają kawkę schłodzoną od polskiej pięknej pogody i czekają aż te baby przyniosą z kuchni specjały, mazurki, babki, sałateczki, jajeczka i pieczenie, przede wszystkim te kurwa kiełbasy, zenek podaj mi trzecio kiełbachę a co się najem to moje heeeeeee!
kobiety urobiły się, ułożyły, ugotowały, upiekły, w końcu przyniosły na stół, a jak wielkie żarcie się skończyło, to niech odniosą, pomyją, a my tu sobie pogadamy jeszcze, he he, co nie heniek, czas na browarka.
piękna moja polska jest, piękna jak robienie zakupów przed świętami, trzeba kupić co najmniej trzy kilo mąki, dwie wytłaczanki jajek, parę chlebów, co by tu jeszcze, o, na przecenie pasta krabowa, weźmiemy marian żeby się bardziej luksusowo poczuć. piękna polska jak szyldy portugalskiej biedronki i jak belgijskie pieniądze płynące strumieniem z unii, która je be i robi zamachy na demokrację polską. he he komisja wenecka to jak kupiec wenecki he he pamiętamy wpisujcie miasta. kiedy wzywa wielkanoc moim honorem jest walka z tonami żarciami naszykowanymi przez usłużne kobiety. ale czemu nie zostałam w kuchni? a, już udało mi się wszystko pozmywać, uff, dzięki panu bogu na pewno, który przecież zmartwychwstał. czerwone światełko na pewno się już świeci w kościele, chociaż już parę lat mnie tam nie było.